Historia jednego dokumentu

Kim był Stanisław Żarnowski? Jak szukałem adresata grypsu ks. Plewika

Jesienią 1939 roku ks. Władysław Plewik, kapelan Wojska Polskiego zamordowany wiosną 1940 roku przez NKWD w Charkowie, przekazał matce wiadomość przez kolegę ze szkoły. Na kartce wpisał tylko jego imię, nazwisko i adres w Lublinie.

Kim był człowiek, któremu powierzył informację, że żyje?

Odpowiedzi szukałem w spisie duchowieństwa wileńskiego, akcie urodzenia z Bełżyc, książce meldunkowej z Lublina i dzienniku lekcyjnym z Wilna. Opisuję, jak ustaliłem jego tożsamość i czego wciąż nie wiemy.

Gryps ks. Władysława Plewika adresowany do Stanisława Żarnowskiego, prawdopodobnie jesień 1939 r. Archiwum rodzinne Danuty i Grzegorza Widelskich.

Gryps odnaleziony po 65 latach

Mała, beżowa kartka. Chyba z papieru pakowego. Lekko już pożółkła. Zapisana kredką lub ołówkiem. Dziś już coraz mniej widoczna. Przeleżała ponad 65 lat na strychu domu Janiny Wójtowicz, bratanicy księdza. W roku 2005 odnalazł ją Grzegorz Widelski.

„Stachu, bądź łaskaw powiedzieć Mamusi, że żyję, Bóg da, że będę szybko w domu”

Ks. Władysław Plewik, gryps do Stanisława Żarnowskiego, prawdopodobnie jesień 1939 r.

Te kilka słów, skierowanych do matki za pośrednictwem Stanisława Żarnowskiego, przetrwało w rodzinnym archiwum. Ale kim był człowiek, do którego ksiądz zwrócił się po imieniu? Skąd się znali? I dlaczego właśnie jemu powierzył tak ważną wiadomość?

Do dziś ta kartka jest przechowywana niemal jak relikwia w domowym archiwum Danuty i Grzegorza Widelskich.

Tak Grzegorz Widelski, mój ojciec chrzestny, wspomina odnalezienie kartki:

„Przeszukując materiały, które były tam [na strychu] zgromadzone, [znalazłem] list dostarczony nie wiem przez jakiegoś, pewnie anonimowego, posłańca. Kiedy przeczytałem to, powiem wprost, ciarki mnie przeszły całkowicie. Byłem pod wielkim wrażeniem, wzruszony tym, zacząłem dopytywać, bo wiedziałem, że [ks. Władysław Plewik] zginął, ale to nie było mi tak bliskie jak po tym, kiedy dotknąłem w ten sposób tej prawdy, że ksiądz tam był, zginął, i ja po wielu, wielu latach odnajduję taki list”.

Grzegorz Widelski o odnalezieniu grypsu.

Grzegorz Widelski tuż po odnalezieniu tej kartki pojechał do kamienicy przy ul. Górnej w Lublinie i próbował dopytywać mieszkańców, czy ktoś zna lub kojarzy ten fakt, ale nikt niczego nie wiedział.

Od odnalezienia grypsu upłynęło jeszcze piętnaście lat, zanim sam zacząłem szukać informacji o człowieku, którego nazwisko zapisano na kartce. Kiedy w 2020 roku po raz pierwszy wziąłem ją do ręki, miałem poczucie, że dotykam materialnego świadectwa losów księdza Plewika (brata mojego pradziadka) i historii, którą przez dziesięciolecia próbowano zamilczeć.

Kilka słów do matki i adres w Lublinie

Kiedy bierzemy tę kartkę do ręki, po prawej stronie czytamy:

„Lublin – Górna 6–8.”

A poniżej wiadomość:

„Stachu, bądź łaskaw powiedzieć Mamusi, że żyję, Bóg da, że będę szybko w domu. Władek Plewik.”

Żeby odczytać treść z lewej strony, trzeba obrócić kartkę. Przeczytamy wtedy:

„J.W. [Jaśnie Wielmożny] Pan Stanisław Żarnowski Lublin.”

Samo nazwisko Stanisław Żarnowski jest już napisane mniej czytelnie, jakby było pisane w pośpiechu albo jakby było dopisywane na ostatnią chwilę tuż przed oddaniem kartki. Albo jakby celowo było napisane trochę mniej wyraźnie, aby nie zdradzać nazwiska odbiorcy.

Dziś odczytujemy to jako gryps. Wiadomość z niewoli. Ksiądz Władysław Plewik przekazał ją komuś albo już po tym, jak po 17 września 1939 roku został zatrzymany i uwięziony przez Sowietów. Albo zaraz po wybuchu wojny, po tym jak poszedł na front, ale jeszcze przed zatrzymaniem. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się pierwsza wersja. Przez lata w rodzinie księdza myślano, że jest to wiadomość z obozu przejściowego dla oficerów Wojska Polskiego w Szepietówce. Dziś wiadomo, że z Szepietówki pochodzi osobny list do matki i rodzeństwa. Gdzie powstał gryps – nie wiadomo.

Dla księdza Władysława Plewika jedną z najważniejszych osób była jego matka. O ich silnej więzi świadczą zachowane listy. „Kochana Mamusiu” – tak zaczyna list z Szepietówki. „Najdroższa Mamusiu” – kartkę ze Starobielska. Zawsze wielką literą. I zawsze zdrobniale. Musiał wiedzieć, że matka martwi się o niego, odkąd poszedł z wojskiem na front. Chciał ją uspokoić. Szedł na wschód, a informacja o wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodnie ziemie Polski była wtedy faktem powszechnie znanym. Dlatego za wszelką cenę chciał przekazać najważniejszą wiadomość: Mamusiu, żyję.

Przypadkowe odkrycie w wileńskim spisie duchowieństwa

Kiedy w kwietniu 2020 roku pracowałem nad pierwszą wersją strony internetowej plewik.pl, zbierałem zdjęcia i dokumenty związane z osobą księdza i prowadziłem badania genealogiczne na szeroką skalę. Nie dawało mi też spokoju, że wciąż wokół tej zapiski jest tak wiele niewiadomych. Tymczasem w dwóch kolejnych wiadomościach z niewoli ksiądz wprost napisał, gdzie jest, a kartkę ze Starobielska opatrzył też datą. Dlatego przez kolejne miesiące próbowałem dowiedzieć się, kim był ów Stanisław Żarnowski.

Pierwszy trop pojawił się, gdy przeglądałem roczniki spisu duchowieństwa wileńskiego z lat 1926–1929. Szukałem w nich Władysława Plewika, ale moją uwagę przyciągnęło inne nazwisko: Stanisław Żarnowski (ur. 1907).

W spisie natrafiłem na pełną listę uczniów Gimnazjum Archidiecezjalnego w Wilnie: imię i nazwisko, rok urodzenia i rok wstąpienia do szkoły. Znajomo brzmiały też inne nazwiska z listy: Malinowski, Dobrowolski, Wiśliński. Typowe bełżyckie nazwiska. Pojawiła się pierwsza hipoteza: czy Żarnowski był kolegą księdza ze szkolnej ławki?

Czy to ten sam Stanisław Żarnowski?

Odnalezienie Stanisława Żarnowskiego na liście uczniów Gimnazjum Archidiecezjalnego w Wilnie było pierwszym tropem. Nie oznaczało jednak, że znalazłem adresata grypsu. W dokumentach sprzed niemal stu lat powtarzają się przecież te same imiona i nazwiska. Musiałem ustalić, czy uczeń wileńskiego gimnazjum był tym samym Stanisławem Żarnowskim, do którego ks. Plewik zwrócił się w 1939 roku.

Zacząłem od Bełżyc. W internetowej bazie genealogicznej Lubelskie Korzenie, prowadzonej przez Lubelskie Towarzystwo Genealogiczne, wyszukałem nazwisko Żarnowski. Dzięki indeksowi dotarłem do aktu urodzenia Stanisława. Urodził się 7 listopada 1907 roku. Dokument pozwolił ustalić nie tylko jego datę i miejsce urodzenia – Bełżyce, ale również imiona rodziców: Wawrzyniec i Bronisława z Nowakowskich.

Miałem więc pierwsze dane, które mogłem porównywać z innymi dokumentami. Samo imię i nazwisko nie wystarczały. Potrzebowałem informacji, które pozwoliłyby odróżnić tego Stanisława Żarnowskiego od ewentualnych innych osób o tym samym nazwisku.

Lubelski adres i potwierdzenie z Wilna

Dzięki kontaktom ustanowionym przez ks. Mirosława Jagiełłę, który w 2025 roku intensywnie pracował nad książką „Ks. Władysław Plewik – kapelan katyński z Bełżyc”, udało mi się porozmawiać z wileńskim historykiem Albertem Volk. Rozpoczął on kwerendę w litewskich archiwach. Ja zaś skupiłem się na Archiwum Państwowym w Lublinie.

Kolejny trop prowadził bowiem do Lublina. Na grypsie ks. Plewik zapisał adres przy ulicy Górnej. W Archiwum Państwowym w Lublinie udało mi się odnaleźć przedwojenną domową książkę meldunkową kamienicy przy ul. Górnej 11, założoną w 1937 roku.

Wynikało z niej, że od 8 czerwca 1938 roku przy ulicy Górnej 11, w mieszkaniu nr 6, mieszkał Stanisław Żarnowski, sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie [później sędzia Sądu Apelacyjnego]. Co ważniejsze, zapisano tam również imiona jego rodziców: Wawrzyniec i Bronisława. Takie same jak w akcie urodzenia z Bełżyc.

To było istotne potwierdzenie, choć numer domu się nie zgadzał: na grypsie ks. Plewik zapisał „Górna 6–8”, a w książce meldunkowej jest Górna 11 m. 6. Wcześniej zdarzało się jednak księdzu błędnie adresować listy do swojego brata czy matki w Bełżycach.

Ostatnie ważne informacje nadeszły z Wilna. W dzienniku lekcyjnym klasy VII na rok szkolny 1926/27, który odnalazł Albert Volk, przy nazwisku Stanisława Żarnowskiego figurowały imiona jego rodziców Wawrzyniec i Bronisława oraz zajęcie ojca i matki – rolnictwo.

W ten sposób informacje zapisane w dokumentach powstałych w różnych miejscach i w różnym czasie zaczęły do siebie pasować. Akt urodzenia wskazywał na Stanisława z Bełżyc. Dziennik szkolny pozwalał powiązać go z uczniem gimnazjum w Wilnie, w którym uczył się Władysław Plewik. Książka meldunkowa prowadziła natomiast do Lublina, na tę samą ulicę, której nazwę ksiądz zapisał na kartce.

Nie był to więc wniosek oparty wyłącznie na zgodności nazwisk. Dopiero porównanie kilku źródeł pozwoliło mi z dużą pewnością ustalić tożsamość Stanisława Żarnowskiego.

Co udało się ustalić, a co pozostaje zagadką?

Zagadka adresata grypsu jest w dużej mierze rozwiązana. Poszukiwania pozwoliły mi powiązać Stanisława Żarnowskiego z Bełżycami, Gimnazjum Archidiecezjalnym w Wilnie i przedwojennym Lublinem. Zbieżność danych osobowych w zachowanych dokumentach wyjaśnia, kim był człowiek, do którego ks. Władysław Plewik zwrócił się słowem „Stachu”. Moje ustalenia przytoczył ks. Mirosław Jagiełło w monografii „Ks. Władysław Plewik – kapelan katyński z Bełżyc” (wyd. II, Warszawa – Góra Świętej Małgorzaty 2026, s. 52–53).

Nie udało się natomiast ustalić, gdzie i kiedy dokładnie ksiądz napisał gryps, kto go przeniósł ani w jaki sposób kartka dotarła do rodziny. Te pytania wciąż pozostają otwarte. Czy ksiądz pamiętał ten adres z wcześniej prowadzonej korespondencji z kolegą, czy może odwiedził go przed wojną w Lublinie?

Tego nie wiemy. Domyślamy się tylko, że aby przekazać wiadomość matce, musiał użyć kogoś znajomego. Kogoś, kto wie, gdzie dokładnie mieszka jego matka Franciszka, bo sam pochodzi z Bełżyc i zna tam każdą ulicę i prawie każdy dom. Domyślamy się też, że posłaniec musiał przekazać wiadomość przez pośrednika. Ksiądz prawdopodobnie nie mógł wpisać na kartce wprost adresu swojej matki. A może wiedział, że posłaniec pojedzie tylko do Lublina? Może też nie chciał zdradzać adresu swojej rodziny z obawy przed tym, że kartka wpadnie w niepowołane ręce. To są tylko kolejne hipotezy, które każdy badacz musi stawiać. Wiadomo natomiast, że gdy jeńcom w Starobielsku pozwolono pisać do rodzin, ksiądz wysłał kartkę pocztą wprost do matki, na ul. Jakuba 14.

Fakty są takie, że zapiska dotarła do Franciszki Plewik. Operacja się udała.

Żywię też nadzieję, że kiedyś uda mi się dotrzeć do potomków Stanisława Żarnowskiego. Może w ich rodzinnym archiwum zachowały się jakieś zdjęcia, dokumenty lub korespondencja?

Jeśli wiesz coś o Stanisławie Żarnowskim lub jego rodzinie, napisz: administrator@plewik.pl.

Skan

Powiększony skan